O autorze
Z wykształcenia biotechnolog, doktorantka w Katedrze i Zakładzie Mikrobiologii Farmaceutycznej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Dziennikarka naukowa, współpracowała z Focusem, portalami branżowymi: Biotechnologia.pl, e-Biotechnologia.pl, DolinaBiotechnologiczna.pl.

Absolwentka kursu organizowanego przez Uniwersytet Harvarda i platformę edukacyjną edX.org Science & Cooking: From Haute Cuisine to Soft Matter Science. Popularyzuje naukę od… kuchni.

Urodzona i wychowana na Mazowszu, osiadła w Trójmieście. Prywatnie miłośniczka poezji, dobrej literatury i swojej suczki Igi.

Witamina nieuleczalnego braku odpowiedzialności

"Zalecenia" dotyczące suplementacji antyoksydantami sięgają absurdalnych dawek. Czy rzeczywiście potrzebujemy aż tyle przeciwutleniaczy?
"Zalecenia" dotyczące suplementacji antyoksydantami sięgają absurdalnych dawek. Czy rzeczywiście potrzebujemy aż tyle przeciwutleniaczy? Photo by Missy Meyer on Unsplash
Jak w fantastycznej bajcie pod postacią niepozornej witaminy pojawiło się magiczne lekarstwo na wszelkie zło: nowotwory, polio, a nawet AIDS. I podobnie jak w bajce żaden racjonalnie myślący człowiek nie chce w nie uwierzyć. I w czym jest problem? Problem zaczyna się, gdy pacjenci rezygnują z chemioterapii albo przestają przyjmować insulinę, a nikogo nie każe się za opowiadanie bajek.

Antyoksydanty są ikonicznym przykładem tego, jak wiedza naukowa może okazać się bronią obosieczną. I to dosłownie.

Te związki nazywane również przeciwutleniaczami chronią nasze komórki przed uszkodzeniami wywołanymi przez wolne rodniki. Tak, te straszne wolne rodniki, które dewastują DNA i białka. A nikt przecież nie chce poddawać się powolnemu rozpadowi i starzeniu. To gdzie są te antyoksydanty? Dawajcie! Im więcej, tym lepiej!

Otóż: nie. Im więcej, tym gorzej.

Wolne rodniki spełniają w organizmie ważne funkcje. Wspomagają układ odpornościowy w walce z patogenami i komórkami nowotworowymi. Niektóre są również ważnymi cząstkami sygnalnymi, które mówią komórkom „co robić”.

Nasz organizm ma całkiem niezłe zdolności do radzenia sobie z wolnymi rodnikami i utrzymywaniem ich w ryzach. Niemniej, potrzebujemy antyoksydantów egzogennych w diecie. Dla witaminy C jest to ok. 100 mg dziennie. Nie ma podstaw do przyjmowania dawek wynoszących po 1000 mg i więcej. Stosowania wlewów dożylnych czy kupowania witaminy C w liposomach.

Badania dotyczące przeciwutleniającej właściwości antyoksydantów wydawały się bardzo obiecujące, dlatego przeprowadzono również wiele długoterminowych badań klinicznych, m. in. finansowanych przez amerykański National Institute of Health.

Ich celem było sprawdzenie, czy przyjmowanie suplementów z antyoksydantami może faktycznie pomóc w zapobieganiu chorobom sercowo-naczyniowym czy nowotworom.

Uczestnicy tych badań byli losowo przydzielani do dwóch grup: jedna otrzymywała antyoksydant, druga placebo. Oczywiście wszyscy myśleli, że dostają antyoksydant.

Do najwcześniejszych badań, przeprowadzonych jeszcze w latach ‘90 należą próby podawania w wysokich dawkach beta-karotenu. Wynik? Beta-karoten nie chroni przed rakiem, ani chorobami układu krążenia. Za to zwiększa ryzyko raka płuc u palaczy.

Kolejne badania, które nie przemawiają na korzyść antyoksydantów:
1) W grupie 40 000 kobiet powyżej 45. roku życia, które przyjmowały witaminę E, suplementacja nie zmniejszyła ryzyka zawału serca, udaru, ani raka. To samo zresztą stwierdzono w badaniu 14 000 panów po 50. Z tym, że u nich suplementacja witaminą E zwiększała ryzyko wylewu.
2) Kolejne badanie kobiet nie wykazało korzystnego wpływu witamin A, C i E na zmniejszenie ryzyka zwału, udaru lub zgonu z powodu chorób sercowo-naczyniowych.
3) Suplementy nie spowolniły również zmian związanych z „spadkiem formy” funkcji poznawczych u kobiet powyżej 65. roku życia.
4) Test selenu i witaminy E w zapobieganiu nowotworom (SELECT) to z kolei badanie ponad 35 000 mężczyzn w wieku 50 lat lub starszych, które wykazało, że suplementy selenu i witaminy E, podawane osobno lub razem, nie zapobiegały rakowi prostaty. Zaktualizowana analiza z 2011 r. oparta na dłuższym okresie obserwacji uczestników badania, wykazała, że suplementy witaminy E zwiększają częstość występowania raka prostaty o 17 procent u mężczyzn, którzy otrzymywali sam suplement witaminy E w porównaniu z pacjentami otrzymującymi placebo.


Badania opublikowane w 2015 w NatureTekst linka wskazują na to, że przesada z przyjmowaniem antyutleniaczy może nie wyjść na dobre, szczególnie osobom chorującym na nowotwory. Dlaczego?

Słowo wprowadzenia. W przypadku guzów litych często dochodzi do rozsiewu komórek nowotworowych przez układ krwionośny. Sprawnie działający układ odpornościowy, wykorzystując wolne rodniki, niszczy komórki nowotworowe, zanim zdążą się gdzieś zagnieździć. Niestety, komórki nowotworowe robią wszystko, żeby umknąć naturalnym systemom obrony organizmu. Mają tendencje do mutacji, które uodparniają je na stres oksydacyjny (czytaj: również na wolne rodniki wysyłane przez komórki układu odpornościowego z misją niszczenia nowotworu).

Dodatkowe, egzogenne przeciwutleniacze ograniczają „artylerię” przygotowaną do walki z nowotworem. W modelu zwierzęcym egzogenne przeciwutleniacze sprzyjają rozsiewaniu się nowotworów. Znaczy to mniej więcej tyle, że jeśli masz raka i przyjmujesz przeciwutleniacze w absurdalnych dawkach, to szansa na powstawanie przerzutów jest znacznie większa. Należy przy tym pamiętać, że większość guzów litych może nie być zdiagnozowana nawet przez 2-3 lata.

Biorąc pod uwagę popularność suplementów antyoksydacyjnych, ma to co najmniej niepokojące implikacje.

Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma badań, które opiewają dobroczynne właściwości antyoksydantów. Owszem, są. Ale nie o tym tutaj chcę pisać. Zwracam uwagę na palącą potrzebę weryfikacji przekazu, który do nas codziennie dociera.

Powiem wprost. Nie potrzebujecie astronomicznych dawek antyoksydantów. Jedyną podstawą do takich zaleceń „leczniczych” są Wasze pieniądze. Firmy i osoby, które sprzedają takie produkty żerują na tym, że pacjenci potrzebują nadziei, której nie daje konwencjonalna medycyna. Wykorzystują składnię języka naukowego, by go wypaczyć i podważyć autorytety. Powołują się na lekarzy, którzy w rzeczywistości są aktorami lub zostali oddaleni z uczelni.


Nie tak dawno głośna była sprawa Roberta Younga, twórcy diety alkalicznej. Jego dyplom doktora okazał się sfałszowany, co nie przeszkadzało mu w intensywnym promowaniu swojej diety. Niestety, prowadził również klinikę, w której leczył chorych na raka, twierdząc, że pomoże im przywrócenie równowagi kwasowo-zasadowej.

Terapia jednej z jego pacjentek nie zakończyła się dobrze. Po trzech miesiącach przyjmowania sody oczyszczonej jej stan drastycznie się pogorszył, w wyniku czego zmarła. Za kurację sodą oczyszczoną rodzina Brytyjki zapłaciła 77 tysięcy australijskich dolarów! Sodą (1kg ok. 7 zł)!

Twórca i promotor diety alkalicznej odsiedzi wyrok za wyłudzenie oraz oszustwo. O ile dla osób zdrowych jego dieta jest stosunkowo mało szkodliwa, o tyle stosowanie jej jako leku u osób chorych - to już przestępstwo.

Zastanawiam się, jak wiele osób w Polsce musi umrzeć po odstawieniu terapii ratujących życie, by publiczne nakłanianie do samobójstwa w środkach masowego przekazu i na konferencjach zaczęło być karalne?
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...